Od barobusu do Tawerny Kapitańskiej w Ścinawie Polskiej

Karmili wybitne osobistości filmu, sceny i estrady. Przez przypadek. On też podpowiada najlepsze rozwiązania, by praca była pasją, a pasja stała się sposobem na zarabianie. Anna - szefowa kuchni - i Tomasz Strażyńscy, właściciele Tawerny Kapitańskiej w Ścinawie Polskiej, nie potrafią żyć bez gotowania i jedzenia oraz swoich gości.

2018-10-11 14:26:50

Rozmawiał: Juliusz Podolski

Jak to się stało, że zajmując się zupełnie czymś innym, nagle staliście się właścicielami barobusu? Świadomy wybór czy przypadek?

Bardziej przypadek. Życie tak się potoczyło, nadarzyła się okazja. Pojawiło się ciekawe wyzwanie z aktorami artystami, z show-biznesem i tak poszło. W życiu nie baliśmy się żadnej pracy. Robiliśmy różne rzeczy: handlowaliśmy okularami, mieliśmy nawet hodowlę świniaków i to niemałe stado. Jeździliśmy za granicę za chlebem, Później był taki moment, że też zupełnie przypadkowo kupiliśmy większy samochód osobowy zabierający osiem osób i otworzyliśmy transport osobowy. Bywało tak, że Ania wsiadała do samochodu ciężarowego i jechała z towarem. Mieliśmy busy, autobusy, dostawczaki, Jeździła też lawetą na wezwanie policji do zdarzenia, by wyciągnąć auto z rowu. Pewnego dnia zadzwonił do nas kolega i powiedział, że potrzebują transport osobowy na plan filmowy po to, żeby wozić, artystów, statystów i obsługę filmu. Przyjęliśmy tę pracę. Takie prace wykonywali najczęściej taksówkarze. No i tak nawiązaliśmy kontakt ze światem filmowym. Przyjechaliśmy na plan podekscytowani, staraliśmy się w nim uczestniczyć, na ile nam pozwalano, rozciągaliśmy kable do oświetlenia, nosiliśmy skrzynki. Dzięki naszemu zaangażowaniu producent brał nas na kolejne plany. Kupiliśmy więcej busów i samochodów osobowych, żeby tych artystów wozić. W pewnym momencie podczas jednego ze spotkań przed filmowych zawołał nas producent i mówi, że we Wrocławiu, bo najwięcej właśnie tam działaliśmy, nie ma barobusa. Nie wiedziałem, co to jest barobus. On wziął kartkę A4 i naszkicował mi, jak to wygląda. „Za dwa miesiące zaczynamy film i jakbyś się podjął z Anią, to moglibyście to robić”. Nie zastanawiałem się i odpowiedziałem: „Biorę ten interes”. Nie negocjując żadnych stawek, podjąłem wyzwanie.

Można zatem powiedzieć, że zostaliście „wrobieni” w barobus. Trzeba było się spiąć i kupić taki sprzęt. Wybraliście się po niego za zachodnią granicę.

To nie były czasy internetu, więc nie bardzo można było nic podpatrzeć. Postanowiliśmy rozejrzeć się w Niemczech, bo stamtąd sprowadzaliśmy samochody do naszego biznesu transportowego. Robiąc rozeznanie wśród znajomych, natknęliśmy się na kilka starych autobusów, które jednak do niczego się nie nadawały. W końcu na terenie danych NRD na torze wyścigowych natrafiliśmy na stary autobus marki Magirus, rocznik 1976, w niebieskim kolorze, cały w motocyklach. Autobus służył właścicielowi jako pojazd techniczny, ale człowiek ten miał jakiś wypadek i go sprzedawał. Kiedy wszedłem do autobusu, zobaczyłem, że jest kuchenka domowa czteropalnikowa, były lodówka i stolik. Barobus jak się patrzy. No i kupiłem ten autobus. Zabrałem ze sobą kierowcę, pozałatwiałem dokumenty, chociaż nie było to łatwe. Razem z kierowcą, panem Józiem, który jeździł na autobusach i miał blisko osiemdziesiąt lat, przyjechaliśmy po ten barobus. Jak on go zobaczył, to trochę się załamał. Auto stało w krzakach, drzwi zamykane jak na klamkę w domu, ale odpaliło. Ruszyliśmy krzywym autobusem do Polski. Drzwi musieliśmy zakręcić śrubami, żeby ich w czasie jazdy nie zgubić. Celnik wchodził przez okno do autobusu. W Polsce przerobiłem ten pojazd na auto cateringowe i tak pojechaliśmy na plan filmowy. Oczywiście ja za kierownicą, bo zawsze lubiłem jeździć, ale żeby było ciekawiej, nie miałem prawo jazdy na autobus. Ania, szef kuchni, i nasza babcia, czyli teściowa. I taki to był pierwszy team barobusu.

Czy Ania miała pojęcie, w co się wplątaliście? No i najważniejsze: czy miałaś coś wspólnego z gastronomią i to taką dość nietypową?

Miałem tyle wspólnego z gastronomią, że lubiłem jeść. Gdy się urodziłem, to ważyłem podobno pięć kilo. Jadłem wszystko, co mi podali. Pamiętam, że wracałem z Niemiec, miałem ostatnie 30 marek i mało benzyny, ale po drodze coś mi zapachniało i oczywiście zjadłem, ale potem modliłem się, by dojechać do Polski. Ania gotowała od zawsze i nawet poznaliśmy się w myśl starego powiedzenia „przez żołądek do serca”. Gotowała tak, że nie było kogoś, kto nie doceniłby jej kuchni. Gotowanie od zawsze było jej pasją. Nigdy nie skończyła żadnej szkoły gastronomicznej, czyli startując w biznesie barobusów, miała zerowe doświadczenie z gotowaniem. Swój zawodowy warsztat podnosiła w trakcie przygotowywania posiłków, dochodząc do takich umiejętności, jakie posiada dzisiaj.

Jak zdobywaliście produkty i jak komponowaliście menu, bo klient był niezwykle wymagający? Były to gwiazdy kina, telewizji i estrady.

To nie było łatwe, ale oni się cieszyli, kiedy dostawali na talerzu najprostsze, domowe dania z domowym rosołem i dobrym mielonym, schabowym z ziemniakami i surówką marchwi na czele. Pracując z kimś przez 30–60 dni na planie czy nawet przez kilka lat przy serialach, których kilka zrobiliśmy, ciężko było gościom dogodzić, no bo codziennie przychodzili oni już rano na śniadanie, potem obiad, kolacja, tak dzień w dzień. Jak coś było pyszne pierwszego czy drugiego dnia, to powtarzane w czasie dwóch czy trzech tygodni już się nudziło. Trzeba było się nagimnastykować, by urozmaicić jadłospis. Chyba byliśmy jedną z nielicznych firm cateringowych, która wytrzymała w długich serialowych produkcjach, po dwa lata i dłużej. Przy niektórych produkcjach filmowych problemem był niski budżet. Wtedy trudno było się wykazać kulinarnie. Dawaliśmy radę. Zresztą do dziś są producenci filmowymi, z którymi się przyjaźnijmy i współpracujemy.

Biznes rozwijał się, stawaliście się coraz bardziej znani. Kto u Was jadał? Chyba łatwiej powiedzieć, kogo nie karmiliście.

Tak to prawda, rzeczywiście łatwiej powiedzieć, kto u nas nie jadał. Biznes się rozwijał, ale pojawiał się pewien problem. To znaczy ja nie było nas, a głównie na planie, tj. jak nie było Ani, to było troszeczkę słabiej. Mając cztery barobusy, a w szczytowym okresie nawet pięć, Ania przyjeżdżała na 2–3 dni i jechała dalej. W tym czasie uczyła kucharzy, podsuwała im pomysły, co mają gotować. Ale jak się okazywało, była niezastąpiona. Dochodziło nawet do tego, że nasze kontrakty były uzależnione od tego, czy na planie filmowym będzie Ania jako szef kuchni, czy inny kucharza, no bo każdy barobus miał swojego szefa kuchni, kierowcę, pomoce. Tam średnio pracowało 3–5 osób w zależności od produkcji. Co raz częściej stawiali nam ultimatum, że ma być Ania, bo ją wszyscy znali, lubili. Ania często z aktorami gotowała. To było bardzo fajne. Ciężko nam było sprostać tym wymaganiom. Musieliśmy w tym momencie trochę przystopować rozwój firmy.

Jak to się stało, że nagle z właścicieli barobusów staliście się restauratorami? Impuls, znowu przypadek, podszepty znajomych czy w pełni świadomy wybór?

To ponownie był przypadek, mimo tego, że Ania kochała gotowanie. Restauracja pojawiła się, bo... nie mieliśmy gdzie mieszkać. Trafił nam się do kupienia nieduży budyneczek. Poprzedni właściciel przechodził na emeryturę i postanowił go sprzedać. Tu była taka pijalnia piwa i nikt tak naprawdę jej nie chciał kupić, zwano ten lokal mordownią, smoczą jamą. Myśmy kupili to z zamiarem wybudowania domu na wsi. Wprowadziliśmy się nawet do tego baru, a naszymi meblami stały się stoły bilardowe, barowe krzesła. Tak jak poprzedni właściciel to zamknął z kuflami, kieliszki i szklankami, tak myśmy się wprowadzili. Pracowaliśmy dalej na planach filmowych i nie mieliśmy czasu, by to ogarnąć. W pewnym momencie zrobiliśmy małą imprezkę. Nasi znajomi otworzyli nam oczy, pokazując urok tego miejsca i namawiając na otwarcie małego baru. Zrobiliśmy kolejne imprezy. Ulegliśmy namowom i kawałek budynku przeznaczyliśmy pod gastronomię. To był nasz wspólny wybór. Ania wiedziała, że kocham żeglarstwo, dlatego też wybraliśmy to miejsce na dom.

Początki były znowu ciężkie. Tawerna była Waszym domem, restauracją i placem budowy.

Wreszcie przyszedł taki moment, że trzeba było gdzieś osiąść. I w miejscu, gdzie mieliśmy mieć fajny dom. A tu jeden pokój bez łazienki, a pokój dla dzieci oddzielony był firankami. Jak kapela się rozkładała, to tuż za moja głową w łóżku za cienką ścianą A jak ktoś drzwi nie zamknął, to każdy mógł zajrzeć nam do mieszkania. A właściwie do sypialni. Miało to potrwać trzy miesiące, a trwało kilka lat. Dzieci odrabiały lekcje w restauracji, zresztą gdy ktoś pytał, co jedzą w domu, to mówiły, że one nie jedzą w domu, ale codziennie w restauracji. Jak zaczęliśmy to remontować, to wszyscy się z nas śmiali. Kupiliśmy bowiem miejsce z bardzo złą reputacją, a ja chciałem mu nadać odpowiedni klimat. Uważam bowiem, że w życiu najważniejsza jest dobra aura, zwłaszcza w restauracji, i dobre jedzenie. Te dwie rzeczy muszą się ze sobą łączyć. Zadziwiał też wszystkich plac budowy. Mówili: „tam jest jakieś śmietnisko – leżą belki, cegły”. I tak było, dowiadywałem się np., żę we Wrocławiu rozbierają domy po powodzi, to brałem materiał stamtąd. Oni cieszyli się, że pozbywali się gruzu i drewna, a ja cieszyłem się, bo miałem materiał do budowania. I nie chodziło tu o oszczędności, lecz ratowanie tego, co jest historią regionu. Dałem drugie życie oknom, podłodze, drzwiom. Patrząc na restaurację, wiem, skąd jakie elementy pochodzą. Nigdy nie powstał żaden projekt na papierze, cała aranżacja urodziła się w mojej głowie i tym, którzy ze mną to realizowali, było ciężko. Ale ostateczny efekt cieszy naszych gości.

Czy uważasz Aniu, że barobus pozwolił Ci zrobić kolejny krok w gastronomii? Czy dzisiejsi właściciele food trucków naturalną koleją losu również mają szansę stać się właścicielami, a potem restauratorami? Bo na świecie ten kierunek jest w obie strony, Wielu wspaniałych kucharzy pozostawia „wypasione” kuchnie i ląduje świadomie w food trucku.

Barobus nauczył nas wiele. Przede wszystkim rygoru czasowego, by na odpowiednią godzinę przygotować posiłki, ale i świetnej organizacji pracy, by na małej przestrzeni przygotować posiłki, ugotować je i wydać. W barobusach, a dzisiaj w food truckach ważne jest logistyka dostaw towarów i ich magazynowanie. To w przyszłości przydaje się w restauracji. Barobus był szkołą życia, w której musieliśmy sobie poradzić bez względu na sytuację. Czasami zabrakło prądu, gazu, a tu na jedzenie czeka i 500 osób, które muszą za chwilę wrócić na plan najedzone.

Złote rady dla tych, którzy chcą pójść Waszą drogą, żeby już na początku nie wpadli na kulinarną minę.

Każdy, kto chce otworzyć najmniejszy nawet lokal gastronomiczny czy food truck, musi sobie odpowiedzieć, czy kocha gotować i czy kocha ludzi. Jeśli ktoś nie uwielbia gotowania i traktuje to tylko jako biznes, który ma zarobić na inny biznes lub dom, to z reguły takie historie kończą się bankructwem, nie happy endem. Jak ktoś nie kocha ludzi, to też nie wyjdzie. Nie wyobrażam sobie, żebym nie znał swoich gości, nie wiedział, co im podaję. I to jest ta złota rada. Nawet budkę z kurczakami z rożna trzeba traktować z miłością.

ZNAJDŹ NAS: